Kapłaństwo musi zostać wybrane w wolności. Ten wybór dodatkowo zawsze jest potwierdzany oficjalnie przez Kościół (który decyduje się w posłudze odpowiednich osób prosić biskupa o łaskę święceń) Inaczej się nie da. Chyba, że tajemnicza Boża wola zostanie potraktowana magicznie i bezrefleksyjnie.

Na początku pragnę zaznaczyć, że w dużej mierze niniejsze opracowanie oparte jest na moim osobistym doświadczeniu (plus doświadczenie Kościoła), więc zakładam ciasność umysłu i opór wobec łaski (naturalny i przykry skutek grzechu). Zakładam więc pewien margines niedokładności czy zbytniego subiektywizmu. Pomimo tych ograniczeń postaram się pewne sprawy z powołaniem do kapłaństwa (życia konsekrowanego) wyjaśnić. Pytaniem, które koniecznie należy postawić (i dać konkretną odpowiedź), niech będzie...

...czym jest tajemnicza wola Boża?

Wydaje mi się, że warto tu użyć pewnej zasady teologii negatywnej, która wychodzi z założenia, iż sama natura Boga (i większość tajemnic wiary) przekracza poznawcze możliwości rozumu. Tego typu syntezy bardziej określają to, czym i Kim Bóg nie jest. Można użyć tej metodologii do próby ujęcia tego, co Pan Bóg zaplanował wobec konkretnego człowieka. Na pewno nie jest tak, że Pan Bóg z góry założył dla każdego z nas jakąś drogę, na którą koniecznie trzeba wejść. I od tej Bożej decyzji nie ma odwrotu. Gdyby tak było, Pan Bóg jawiłby się jako nieznośny i autorytarny władca, który tylko wymaga i nie dopuszcza możliwości odpowiedzi negatywnej. I tak jakby na przekór i na siłę chce szczęściem zniewolić człowieka. Zaprzecza to w sposób oczywisty największemu darowi Pana Boga (tuż za Odkupieniem) jakim jest wolność. Wszelki przymus (nawet w imię dobra i miłości) w punkcie wyjścia jest zniewalający (nie mam tu na myśli jakichś regulacji naturalnych czy prawnych stosowanych w celu zorganizowania życia i funkcjonowania społeczeństwa). Tym samych naturalnie wyklucza miłość. Miłość bez wolności zatem nie istnieje. I nie istnieje coś takiego, jak jakaś determinacja powołania do kapłaństwa, jakiś z góry narzucony scenariusz, który należy odegrać (bo nie mam na żadnego wyboru i wpływu). Tak trochę przewrotnie można stwierdzić, iż w odmowie skierowanej ku Panu Bogu doskonale realizuje się powołanie do miłości i wolności. Jednak doświadczenie pokazuje, że tego typu odmowy (podyktowane przez grzech) wcale nie niosą szczęścia. Wręcz przeciwnie.

Jak zatem wybierać i jak odczytywać to, co Pan Bóg dla mnie przygotował?

Najpierw należy porzucić pewne wyobrażenia (niewłaściwe), które blokują podjęcia wyboru. Takim blokerem bardzo powszechnym jest podejście, typu: będę rozeznawał, będę szukał znaków Bożej woli, ale jak przyjdzie co do czego, jak uda mi się (przy pomocy intensywnej modlitwy) odczytać moje powołanie – to wtedy dopiero się zastanowię, czy je przyjmę. Taka tendencja zakłada obraz Boga, który jest dziecinnie złośliwy i coś przede mną ukrywa. W sposób naturalny rodzi się nieufność, która od razu prowokuje brak wolności, czyli wykluczenie swobody decyzji. Wejście na drogę rozeznawania należy rozpocząć z ufnością (i najlepiej w towarzystwie kogoś, kto już przez to przeszedł) w cel i jego sens: zaangażowanie się w powołanie, gdy stanie się ono jasne. Kwestia różnych znaków i pewnych obszarów działania Pana Boga pozostaje więc tylko pewnym zaproszeniem, które nie determinują wolnej decyzji, a jedynie do niej pociągają. Liczy się zgoda i zaufanie. Żadnego powołania nie da się zbudować, jeśli formą dominującą jest lęk, a nie miłość. Pytania, pewne lęki i mnóstwo niewiadomych, jakie się pojawiają na etapie rozeznawania są oczywiście ważne i konieczne, bo w dobrym sensie zmuszają do co raz to bardziej autentycznego i świadomego potwierdzania swojego wyboru. I zawsze ostatecznie usuwają lęk, na którego miejsce wchodzi Pan Bóg z całą swoją mocą i z samym Sobą.

Powyższe rozważanie wprowadza w ostatnią kwestię związaną z rozeznawaniem. Tą kwestią jest uczciwe stanięcie (w Bożej Obecności) i postawienie sobie pytania: na której drodze rezygnowanie z siebie, dawanie z siebie, dzielenia się sobą będzie dla mnie bardziej swobodne i radosne? W każdym powołaniu coś się traci. I w każdym zyskuje. Jeśli ktoś rozważa możliwość wstąpienia w szeregi duchowieństwa powinien wcześniej poznać i uświadomić sobie skutki tej decyzji. Najpiękniejszym pozytywnym (według mnie) takim skutkiem jest sprowadzanie Bożego Miłosierdzia w miejscu i w czasie, w Eucharystii czy spowiedzi. Zanim jednak narodzi się ta niesamowita świadomość, winna zrodzić się świadomość straty, która (nie lubię tego słowa, ale tutaj jest konieczne) musi zostać przeżyta. Większość kapłańskich zdrad (niekoniecznie wyłącznie tych, które znalazły finał w porzuceniu kapłaństwa) pochodzi bowiem z braku doświadczenia straty. A tych w życiu księdza jest sporo: celibat, posłuszeństwo, samotność. Nieprzeżyte straty, jakieś niedojrzałości zaatakują w momencie słabości, której każdy ksiądz (czy małżonek) przecież doświadcza. Niespełnione tęsknoty, ciągłe wracanie do tego naiwnego: co by było, gdyby – powoduje frustracje, które jakoś (najczęściej w grzeszny sposób) muszą wyjść. W każdym powołaniu.

Sekretarz Stanu Stolicy Apostolskiej, kard. Kard. Pietro Parolin powiedział kiedyś, że powołanie zawsze rodzi się z piękna spotkania z Bogiem. Młodym ludziom nie brak takich doświadczeń piękna, nie potrafią ich jednak przekuć w powołanie, w drogę życia. W świetle tych mądrych słów można (a nawet trzeba) postawić swoisty dogmat rozeznawania własnego powołania: rozeznanie jest dobre tylko wtedy, kiedy w jego procesie jest czas i przestrzeń na spotkanie z pięknem samego Boga.

Michał Wójciak SAC